Lizbona to zapach słońca i szum palm. To aromat kawy popijanej o każdej porze dnia, kawy, która nigdzie nie smakuje mi tak, jak ta tutaj. To Tag, którym opiekują się mosty: kwietniowy i Vasco da Gama. Wszechobecne żółte tramwaje. Kasztany sprzedawane na rogu. Pastel de nata. Bairro Alto puste za dnia, a przepełnione nocą. Sporting. Bacalhau com natas.
Amfiteatralne położenie, brukowane, strome, wąskie uliczki. Kamieniczki, które pachną świeżą pościelą, która suszy się w oknach. Lizbona jest przyjazna i wyciszona. Można nawet powiedzieć, że jest prowincjonalna jak na stolicę.
Ale to wszystko nadaje jej tylko uroku. Zachwyca swym pięknem, prawdziwością, tradycją.
Jednak nie każdy potrafi zakochać się od pierwszego wrażenia. Ku mojemu zdziwieniu.
Ze względu na święto w Hiszpanii do Portugalii przybyli turyści-sąsiedzi. Spotkałam się z ich reprezentacją. Rozczarowałam się i trochę zrozumiałam dlaczego Portugalczycy za nimi nie przepadają. Siedziałam w kafejce pod zamkiem, pijąc kawę i próbując wyciszyć się po ciężkich dniach. Nie wiadomo stąd i po co, na placu zebrało się chyba z dwudziestu Hiszpanów. Krzyczeli, jakby ich ze skóry obdzierano, rozmawiali. Podobno. Portugalczycy lubią podnieść głos, ale robią to w bardziej przyjazny sposób, kameralnie. Krzykliwość Hiszpanów mnie irytuje. Jakby chcieli zaznaczyć swoją obecność ilością wypowiedzianych słów i ich dźwiękiem.
Nie rozumiem po co się podróżuje, kiedy zbiera się tylko argumenty świadczące, że nasz ogródek jest lepszy od innych. Nie stara się poznać innej kultury, nie smakuje się nowej kuchni, nie słucha mieszkańców, nie docenia uroków miejsc innych. Dlaczego od razu gorszych?
Czytam teraz "Dom dzienny dom nocny". Tokarczuk pisze rewelacyjnie. Przytoczę Wam fragment:
-Wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby poznać świat - powiedziała nagle Marta, gdy obierałyśmy groszek na schodach przed jej domem.
Zapytałam jak. Może myślała o czytaniu książek, oglądaniu wiadomości, słuchaniu Radia Nowa Ruda, włóczeniu się po internecie, przeglądaniu gazet, chodzenie na plotki do sklepu. Ale Marta miała na myśli bezowocność podróży.
W podróżach trzeba zajmować się sobą, żeby dać sobie radę, patrzeć na siebie i na to, jak pasuje się do świata. Jest się skupionym na sobie, myśli się o sobie, sobą opiekuje. W podróżach zawsze w końcu natyka się na siebie, jakby się samemu było ich celem. We własnym domu po prostu się jest, nie trzeba z niczym walczyć ani niczego zdobywać. (...)
Coż takiego powiedziała i umilkła. Zdziwioło mnie to, bo Marta nie znała podróży dalszych niż do Wambierzyc, Nowej Rudy i Wałbrzycha.
Spotkanie hiszpańskie nauczyło mnie, że podróżowanie nie zawsze jest prawdziwym podróżowaniem. Niech mi się nigdy nie przydarzy taka ignorancja. "Jakie to jest biedne miasto, wszystko się sypie", "Ile brudu", "Jakie te wszystkie rzeczy brzydkie", "Kamienne uliczki nieprzystosowane dla ludzi na wózkach" (bo każdy inwalida pragnie przecież mieszkać w najwyższych dzielnicach Lizbony...), "Nie będziemy jeść kolacji, nie mamy ochoty próbować portugalskiego jedzenia", "Nie lubię Lizbony, bo to stare miasto".
A ja Lizbonę kocham. I wcale nie uważam, że Madryt jest brzydki. Przeciwnie, bardzo mi się podoba. Dlatego, że jest tak inny od miast, które widziałam. I pewnie jeszcze dziesiątki miast zobaczę, zachwycę się tysiącem innych szczegółów. Ale w Lizbonie są moje wspomnienia, moje życie i moja przyszłość. Tu są moje uczucia, moje smutki i moje nadzieje.
Mikołów i Lizbona to moje miasta - nic tego nie zmieni.
Podróżujmy naprawdę. A nie tylko po to, by powiedzieć: "Byłem w Lizbonie, tu masz widokówkę".